„Mama bała się, że to sekta”

Małgorzata Łuka-Kowalczyk
Cosmpolitan, sierpień 2008

Ola miała dziewiętnaście lat, gdy postanowiła zmienić religię na taką, o jakiej mało kto słyszał. Gdy podzieliła się tą nowiną z mamą, ta wpadła w panikę. Do tej pory były jak najlepsze przyjaciółki, Teraz stały się wrogami…

Odkąd pamiętam, stanowiłyśmy bardzo zżytą rodzinę – mówi Ola. – Nigdy nie przypuszczałabym, że to kiedykolwiek może się zmienić. Nie wszyscy moi rówieśnicy mieli takie relacje z rodzicami. Potrafiliśmy godzinami gadać, radziliśmy się siebie nawzajem, w weekendy celebrowaliśmy posiłki, gdy przychodziły święta, malowanie wielkanocnych jajek stawało się wspólnym rytuałem… Nie szliśmy na łatwiznę – śmieje się Ola. – Nie używaliśmy gotowych barwników czy naklejek, ale malowaliśmy  jajka woskiem za pomocą specjalnie skonstruowanego przez tatę urządzenia. W Boże Narodzenie przebieraliśmy się w strój Mikołaja i wręczaliśmy sobie prezenty, nawet gdy już byłam duża i wiedziałam, że siwy pan z brodą niewiele ma wspólnego z wymarzoną przeze mnie sukienką…

Ola od dziecka miała dużo swobody. Rodzice zostawiali jej szeroki margines na eksperymenty i poszukiwania. Jako nastolatka uczestniczyła w nocnych spektaklach teatralnych, które odbywały się w ramach letnich festiwali, chodziła na imprezy do przyjaciół, wakacje spędzała pod namiotem.

– Moja wolność dotyczyła również religii – wspomina Ola. – Dlatego tak bardzo zabolała mnie reakcja mamy, gdy dokonałam tego wolnego wyboru. Ale przecież rosłam w przekonaniu, że wiara to sprawa sumienia każdego człowieka – tak mi przecież rodzice ciągle powtarzali. Dowód? Gdy byłam w trzeciej klasie szkoły podstawowej i nie chciałam chodzić na religię, bo nie spodobała mi się katechetka i jej konserwatywne poglądy, powiedzieli: „Okej, to twój wybór?”. Nawet gdy przestałam chodzić do kościoła, nie mieli o to do mnie pretensji.

Ola miała 14 lat, gdy na nowo odkryła dla siebie Kościół. A wszystko przez to, że w jej życiu pojawił się…

…JEAN MICHEL JARRE

 Był rok 1991. W Częstochowie odbywał się Ogólnopolski Zlot Młodzieży, gdzie przystojny francuski muzyk miał wystąpić z koncertem.

– Bardzo chciałam go zobaczyć. Mogłam się tam dostać tylko z grupą oazową (Ruch Światło-Życie, znany pod nazwą Oaza, powstał w Polsce w 1955r. jako jeden z ruchów odnowy Kościoła – przyp. Red.) – Pojechałam i… wsiąkłam. Znów zaczęłam biegać do kościoła. Rodzice – choć zdziwieni tym „nawróceniem” – uznali, że to kolejna próba mojego określenia się i że przejdzie mi z wiekiem. I mieli rację. Bo rok później zaczęłam mieć wątpliwości. Zobaczyłam, jak duży jest rozdźwięk pomiędzy tym, co jest np. napisane w Biblii, a tym, czego uczy Kościół. Poczułam, że grunt, na którym próbowałam zbudować swój światopogląd, usuwa mi się spod nóg.

POSZUKIWANIA TRWAJĄ

– Czułam potrzebę duchowości – opowiada Ola. – ale zupełnie nie wiedziałam, czego szukam? Byłam wtedy w pierwszej klasie liceum ogólnokształcącego. Wielu moich znajomych w tamym okresie zachwycało się filozofią zen i zostawało buddystami. Ja nie byłam pewna. Przestałam jednak o sobie mówić „katoliczka”, zamiast tego wolałam słowo „chrześcijanka”. Brzmiało bardziej uniwersalnie. W tym czasie otworzyły się na oścież granice, można było swobodnie podróżować po świecie, docierały do nas książki, o których wcześniej można było tylko marzyć. Ja przeczytałam ich mnóstwo, o wszystkich możliwych religiach. W każdej znajdowałam coś ciekawego i coraz więcej widziałam pomiędzy nimi punktów stycznych. Pod koniec liceum miałam już wyrobiony własny system filozoficzno-religijny. U jego podstaw legło stwierdzenie, że skoro jest jeden Bóg, to nieważne, jaką drogę do niego wybierzesz. Doszłam do wniosku, że konflikty religijne rodzą się głównie z powodu obrzędów. Z tego, że w jednej religii ludzie modlą się z prawa w lewo a w drugiej odwrotnie. Że raz ksiądz może mieć żonę, a raz nie. Wydawało mi się to kompletnym bezsensem.

TATO SPOTYKA DZIEWCZYNĘ

Ola po raz pierwszy zetknęła się z religią bahá’í za sprawą… taty. Był niezwykle towarzyskim człowiekiem. Pewnego dnia, jadąc autobusem, przysiadł się do młodej, śniadej dziewczyny. Miała na imię Neda i pochodziła z Iranu, ale mieszkała razem z rodzicami w Londynie.

– Okazało się, że jest bahaitką i przyjechała na rok do Polski. W wierze bahá’í jest zakaz nawracania ludzi, ale jak ktoś pyta, można mu udzielić informacji. Tata był zainteresowany. Neda opowiedziała mu więc o swojej religii. Dała ulotki. Obejrzałam je i wtedy przypomniałam sobie, że w szkole podstawowej miałam koleżankę, która była bahaitką. Kilkakrotnie opowiadała mi i koleżankom o tym, ale wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. Teraz przypomniałam sobie jej opowieści, ale ponieważ za kilka dni miałam zdawać maturę, ulotki od Nedy odłożyłam na półkę i zapomniałam o całej sprawie.

JESZCZE RAZ MUZYKA

Nadeszły wakacje. Ola zdała egzaminy na studia i jako świeżo upieczona studentka anglistyki – planowała podróż do Szkocji. Marzyła, aby połazić po tamtejszych wrzosowych wzgórzach, podszlifować język…

– Tuż przed wyjazdem spacerowałam po naszej starówce i zobaczyłam kolorową grupę młodych ludzi, którzy grali piosenki Oasis. Bardzo lubiłam ten zespół, więc podeszłam do nich, żeby porozmawiać. Okazało się, że są Kanadyjczykami i… bahaitami. Przyjechali do Polski na szkołę letnią. W każdym kraju i państwie, gdzie obecna jest ta religia, organizowane są podobne wyjazdy. Ludzie mogą wtedy zgłębiać wspólnie zasady religijne i doskonalić swój charakter. „To chyba przeznaczenie”, pomyślałam. Następnego dnia grali spektakl w ramach letniego festiwalu. Obiecałam, że przyjdę.

Tam Ola poznała innych ludzi z tej grupy. Wszyscy byli młodzi, serdeczni i uśmiechnięci od ucha do ucha.

– Nie znoszę rasizmu, więc spodobało mi się to, że wśród nich byli ludzie różnych nacji i kolorów skóry. Przysiadłam się do ciemnoskórego mężczyzny, taty jednego z chłopaków, i zaczęliśmy rozmawiać, a właściwie mówiłam ja, on tylko kiwał głową i pytał: „A co o tym sądzisz?”. Rozmowa trwała z przerwami trzy dni. N koniec powiedział: „Czy wiesz, że wszystko, o czym mówisz, to są założenia religii bahá’í?”. „Więc jestem bahaitką”, odparłam.

MAMA WPADA W PANIKĘ

Ola odczuła ulgę i ogromną radość. Wreszcie dotarła do kresu swych poszukiwań. I nie była odosobniona w swych poglądach! Są ludzie, którzy myślą tak samo jak ona. Ale euforia nie trwała długo.
– W domu natychmiast opowiedziałam o wszystkim rodzicom. Tata powiedział tylko: „OK., to twoja sprawa”, ale mam nie podzielała jego spokoju. Była przerażona. „Bahá’í? A co to takiego?” – pytała. Na początku miała nadzieję, że mi przejdzie. Kiedy jednak zobaczyła, że tonie jest wakacyjna fanaberia, wpadła w panikę. Nigdy wcześniej nie słyszała o religii bahá’í i bała się. W dodatku nie dawała mi szans na wyjaśnienia. Jak tylko zaczynałam coś tłumaczyć, przerywała mi: „Nie mów mi nic na ten temat, nie chcę w ogóle o tym słyszeć!”.

Byłam bardzo zaskoczona jej postawą. Do tej pory wydawało mi się, że nie ma takiej rzeczy, która mogłaby stanąć pomiędzy nami. Czułam, że zawiodłam nadzieje, jakie we mnie pokładała. Czułam też, co zabrzmi strasznie, jej dwulicowość: dlaczego pozwalała mi przez całe życie na tak wiele, skoro w rezultacie i tak marzy o nijakiej „grzecznej córeczce”.

Dziś dziewczyna uważa, że to był moment, kiedy pępowina łącząca ją z matką została ostatecznie przecięta. Ola potwierdziła swoją odrębność.

– Udało mi się szczerze porozmawiać z mamą tylko raz – tuż przed wyjazdem na studia – wspomina Ola. – Przyznała wtedy, że boi się, że wpadłam w sidła jakiejś sekty. Co chwilę media bombardują nas niusami o zbiorowych samobójstwach takich nawiedzonych ludzi, gwałtach na kobietach, itp. Na szczęście działało już Centrum Informacyjne o sektach, dysponujące lista wyznań działających w Polsce, które zostały uznane za niebezpieczne. Wiedziałam, że religii bahá’í na niej nie ma. Powiedziałam mamie, że jeśli mi nie ufa i potrzebuje obiektywnego źródła informacji, może się tam zwrócić. Do dziś nie wiem, czy to zrobiła, ale do tamtego dnia jej nastawienie wyraźnie się zmieniło. Przestała milczeć, zaczęła o tym rozmawiać. Argumentowała: „Odcinasz się od tradycji, od korzeni, co ty przekażesz swoim dzieciom?”. Obwiniała siebie: „Jak ja cię wychowałam, gdzie popełniłam błąd?”. Irytowało ją, że nie chcę z nią malować i święcić jajek, że odmawiam wyjścia na pasterkę. I to, że przed bahaickim Nowym Rokiem, który jest obchodzony 21 marca, obowiązuje mnie dziewiętnastodniowy post, podczas którego nie wolno jeść od wschodu do zachodu słońca. „To niezdrowe! Będziesz osłabiona. Hormony ci zwariują”, martwiła się.

OJCIEC STANĄŁ MUREM

Choć wciąż byli ta samą rodziną, to jednak zawisł nad nimi jakiś cień, pojawiły się tematy tabu. Oli było przykro. Nie mogła tego zrozumieć. Przecież ona nie zmieniła się, jest tą samą osobą, więc o co chodzi?

Na szczęście ogromne wsparcie Ola dostała od swego taty, któremu idea bahá’í bardzo się podobała. Kiedy córka przyjeżdżała do domu na weekend, oboje toczyli długie rozmowy.
– Tata przyjeżdżał też do mnie do Warszawy, gdzie przez kilka lat po studiach mieszkałam i pracowałam. Uczestniczył ze mną w moich świętach religijnych. Niestety, zawsze przyjeżdżał sam. „Mam źle się czuje” – tłumaczył, a ja widziałam, z jakim trudem przychodzi mu kłamać.

W takim stanie zawieszenia tkwiliśmy kilka lat. Było mi przykro, tym bardziej, że moja nowa religia uważa rodzinę za największą wartość. Do tego stopnia, że jeśli z powodu bahá’í rodzinie grozi rozłam, trzeba zrezygnować z czynnego uczestnictwa w wierze i zostać przy rodzinie.

POTRZEBOWAŁYŚMY 10 LAT

– Gdy trzy lata temu wróciłam do domu na stałe, mama po raz pierwszy zgodził się pójść ze mną i z tatą na uroczyste obchody Nowego Roku. Myślę, że nie chciała się tak zdecydowanie od nas odcinać, chyba przestraszyła się, że w końcu zostanie sama na placu boju. Potem im bardziej poznawała moich przyjaciół bahaitów, tym bardziej nabierała do nich zaufania. Zobaczyła, że to naprawdę świetni ludzie. Wykształceni, mili, uczciwi. To przekonało ją najbardziej. Proces oswajania się z moją decyzją zajął jej dziesięć lat. Ale gdy rok temu zmarł tata, zgodziła się, bym nad jego trumną odmówiła bahaicką modlitwę za zmarłych. Jestem jej za to bardzo wdzięczna…

Do pobrania artykuł w oryginale:

reportaż w Cosmopolitan cz.1

reportaż w Cosmopolitan cz.2

Reklamy